PUCHAR

#DajKamienia, felietony o podlaskiej piłce – Jeden zapaleniec to za mało

Lokalna piłka ma problemy. Jak niemal wszędzie, na regionalnym poziomie. I nikogo to nie dziwi. Sytuacja, w której klub ledwo wiąże koniec z końcem, wydaje się naturalna. Przywykliśmy, że na poziomie okręgówki czy A-klasy, TAK MA BYĆ. Bardziej dziwi sytuacja, w której klub funkcjonuje na zdrowych zasadach i, przede wszystkim, ma na to funkcjonowanie pieniądze. Ale gdzie w podlaskiem znajdziemy takie kluby?

Częściej, niestety, spotykamy się z tym, że czegoś NIE MA. Nie ma PIENIĘDZY, nie ma BOISKA, nie ma LUDZI DO GRANIA. Nie oszukujmy się, podlaski futbol na poziomie od 4 ligi w dół, funkcjonuje dzięki zapaleńcom. Albo zapaleńcem jest wójt/burmistrz, który cokolwiek by się działo, za wszelką cenę próbuje utrzymać istnienie klubu, bo to po prostu lubi, i wtedy z ludźmi do grania problemu nie ma, bo jest kasa. Albo zapaleńcem jest pan Józek, który u wójta nie-zapaleńca „wychodzi” parę groszy na piłki i stroje, bo na wyjazdy to „już sami się zrzucimy”. Może też zdarzyć się tak, że zapaleńcami są piłkarze-amatorzy. Coraz trudniej o takich w sensie ilościowym, bo problemy kadrowe drużyn to codzienność, jak na przykład w 15-tysięcznym mieście, z którego drużyna jeździ na mecze w 12-13 osób, zbierając w ostatniej chwili juniorów, a skład tworzą przecież także dojeżdżający piłkarze. Kończy się to tak, że przegrywają z rywalami z dołu tabeli, Promieniem Mońki, 0:5, Biebrzą Goniądz, u siebie 2:4. I wtedy potrzeba już tylko zapaleńca-trenera.

Co do piłkarzy, to każdy, kto gra w ligach lokalnych, zapaleńcem jest z pewnością. Ja sam przestałem grać w piłkę, bo skupiłem się na nauce, bo pracowałem, bo założyłem rodzinę. A ilu jest takich, którzy mimo tego przychodzą na zbiórkę w niedzielę o 12:00 i jadą na mecz wyjazdowy do Orli, Dobrzyniewa, Juchnowca, Kleosina, czy Krynek?

Niestety, czasami jeden z tych elementów (zapaleniec wójt/zapaleniec pan Józek/zapaleńcy piłkarze) nie wystarcza. Zapaleńców musi być więcej. Wójt musi rozumieć, że przecież tylko dzięki A-klasowej drużynie o jego gminie ktoś w ogóle słyszał na drugim końcu województwa. LZS Nowoberezowo – pamiętacie taką drużynę? Ja pamiętam, bo grała w dawnej B-klasie ze Startem Szepietowo, kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem. Albo LZS Piliki. Dziś tych klubów nie ma, ale nazwy miejscowości z sentymentem wspominam.

Zapaleńcem musi być też Pan Józek, kimkolwiek jest – społecznikiem, prezesem klubu czy zwykłym „stadionowym” gospodarzem. Musi być w klubie ktoś taki, kto lubi swój klub, lubi zapach skoszonej trawy na stadionie i, mało tego, czuje z tego, co robi, dużą satysfakcję.

Brakuje tego w wielu klubach w podlaskiem. Skra Wizna nie przystąpiła do rozgrywek na wiosnę tego toku, bo zabrakło wsparcia od lokalnej władzy. Stadion niszczeje, staje się jednym wielkim śmietnikiem, mało tego – stwarza zagrożenie. Bocian Boćki i ich ostatni wpis na facebooku konkretnie wskazuje, o co w tym chodzi: „A co mamy? Zero dyscypliny, to nie drużyna…to iluś tam samolubów. Zero odpowiedzialności za klub, za wyniki, za kolegów z boiska. Chcę to se przyjdę ale mi się akurat nie chce.”. Forty Piątnica – rozwiązanie jednej z drużyn. Klub poinformował krótko, że prezes podjął decyzję o rozwiązaniu zespołu, bo „szkoda było pieniędzy, aby płacić za kartki, które łapaliśmy podczas meczów”.

Wiele było takich klubów, które funkcjonowały, bo ktoś miał zapał, chciał coś zrobić i zebrał kilku kolegów, zgłosił drużynę do rozgrywek. Zawsze jednak zapał mijał, bo nie było wsparcia, bo nie było chętnych, a jak byli, to nie do końca oddani.

Wspomniane sytuacje są dość skrajne i kuriozalne, ale czasami i największym zapaleńcom, po prostu, …odbierają zapał. Bo zapaleńców musi być więcej, niż jeden. A o problemach lokalnej piłki można pisać i pisać…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.